O mnie
Kategorie:
Sesje(19)
Podróże(13)
Relacja z Kuby(1)

Wyślij wiadomość
  • Paula 20.09.2012 :: 00:00

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • Marta 20.09.2012 :: 00:00

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • Paula 20.09.2012 :: 00:00

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 19.09.2012 :: 23:00

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 19.09.2012 :: 00:57

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 19.09.2012 :: 00:51

    Komentuj (0)



     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 19.09.2012 :: 00:41

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 18.09.2012 :: 23:45

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 18.09.2012 :: 23:38

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 18.09.2012 :: 23:31

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 18.09.2012 :: 23:30

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • 18.09.2012 :: 00:00

    Komentuj (0)

     

    Komentuj (0)

    Sesje
  • W krainie Beuna Visty, Che i mohito 20.08.2012 :: 19:39

    Komentuj (0)

    Che Gevara na You Tube -> Buena Vista Social Club


    Ulice Hawany wypełnione są zabytkami motoryzacji.
    Utrzymane w bardzo dobrym stanie, dumnie prezentują się w każdym zakamarku Kuby
    .

    Jeden z warszawskich pubów. W oddali modelki snujące się po wybiegach przyklejonych do ścian telewizorów. Na stole mohito. Czasem, ktoś rzuca do kogoś spojrzenie zabarwione delikatną nutką sympatii. Pomimo gwaru, hałaśliwej muzyki i bezdusznej atmosfery, każda z nas w myślach pilotuje swój własny wehikuł krążący po nieboskłonie marzeń.

    - Jakie miejsce na świecie jest Twoim wymarzonym? – zapytałam.

    - Takie, że gdybyś miała możliwość to nie wahała byś się ani chwili żeby tam się znaleźć? Doprecyzowałam i od razu powróciłam za stery swojego już bardzo wysłużonego pojazdu.

    Najwyraźniej moje pytanie nie było zaskoczeniem bo bez większego namysłu z błyskiem w oku i delikatnym uśmiechem – Kuba - odpowiedziała Edyta.


    3 miesiące później.

    Upalna i potwornie parna noc. Rytmy salsy wylewają się przez okna i niezamknięte drzwi Casy. Kipią przez nieobecny dach budynku. Wszędzie w zasięgu oczu leje się złotym i srebrnym kolorem rum, zabarwiany czarną miksturą zachodu. Powietrze gęstnieje od unoszącego się dymu tytoniu. Przyklejone, spocone i zwinne ciała tańczą ze sobą onieśmielająco blisko. Ciemność napełniana jest sensualnym wezwaniem do całkowitego, dobrowolnego i bezwstydnego oddania się rytmom muzyki.


    I wtedy właśnie poczułyśmy - jesteśmy na Kubie!


    Obie niestety nie potrafiłyśmy ruszać się choćby w jednej dziesiątej tak dobrze, jak Kubańczycy, których budowa i fizyczność jest kolejnym etapem ewolucji, który nie dotarł jeszcze do Europy (właśnie tak myślę, bo jak inaczej wytłumaczyć tę wrodzoną łatwość poruszania każdą, najmniejszą częścią ciała jeszcze w pielusze?). Z wielkim wstydem przyznaje, że byłyśmy kolejnymi Europejkami, które potwierdziły obraz kobiety drzewa z wrastającymi w ziemię korzeniami tam gdzie tylko staną. Od czasu do czasu nasze gałęzie były w stanie wykonać samodzielny ruch. Szybko okazywał się on jednak  jednorazowym powiem wiatru, niemożliwym do powtórzenia w przypadku zmiany siły lub kierunku podmuchu. Pomimo tego właśnie wtedy poczułyśmy, że stajemy się częścią zupełnie innego, dotychczas nam nieznanego świata.


    Ale od początku.



    Kuba przyciągnęła nas swoim bogactwem zarówno historycznym jak i kulturowym. Sprowokowała do poszukiwania odpowiedzi na temat sposobu sprawowania władzy i funkcjonowania ustroju komunistycznego w obecnych czasach i na innej półkuli ziemskiej. Sprawiła, że nasza wiedza stała się pełniejsza i uleczyła z tak często spotykanej w Europie zerojedynkowości i europocentryzmu (choć oczywiście analizowałyśmy wszystko przez pryzmat Europejski – ciężko się tego wyzbyć będąc protegowanym Europy i nie łatwo być zawsze całkowicie obiektywnym). Zwłaszcza w podziałach ważni - nieważni, wartościowi - nie wartościowi, lepsi - gorsi… Poznanie prawdy i nakreślenie obrazu rzeczywistości możliwe było tylko poprzez zapoznawanie innych ludzi i przypadkowe rozmowy.


    Z mohito w ręku ruszyłyśmy więc w podróż.


    Wycieczkę rozpoczęłyśmy od pobytu w Varadero (największy kurort wypoczynkowy na wyspie) bo było zbyt późno aby tego dnia przedostać się do Hawany. Szybko znalazłyśmy nocleg w prywatnej kwaterze, dzięki czemu jeszcze tego dnia cieszyłyśmy się widokiem pierwszego, przepięknego zachodu słońca na Kubie. Zapoznałyśmy dwójkę innych przyjezdnych, a rano miałyśmy chwilę czasu aby zobaczyć ponoć jedną z najpiękniejszych plaż na wyspie. Molochy hotelowe nie zrobiły jednak na nas większego wrażania – na pewno nie było to, tym czego tu szukałyśmy. Żegnając miasto, wykonałyśmy pamiątkowe zdjęcie z Wielkim Che zerkającym na nas srogo z murowanej ściany i wyjechałyśmy w pełni oddając się w ręce czekającej na nas przygody.

    Moment, w którym pożegnałyśmy Varadero – świat turystów, jest najlepszym momentem aby opowiedzieć o dualizmie rzeczywistości na Kubie, o którym coraz częściej przekonywałyśmy się na własnej skórze. Na Kubie od 1959 r. czyli od zakończenia Rewolucji Kubańskiej, która miała na celu odebranie władzy proamerykańskiemu prezydentowi Batiście, funkcjonują dwie płaszczyzny – kubańska i turystyczna. Płaszczyzny te ściśle zależą od siebie i często zazębiają ale rzadko przenikają. Patrząc na paradoksy i absurdy tego zjawiska wcale nie są potrzebne narkotyki czy inne używki. Jeśli chcesz zostać aktorem w teatrze nonsensu, w którym mieszkaniec kraju ma zdecydowanie mniejsze prawa od przyjezdnych, gdzie we własnym kraju masz zakaz wstępu do miejsc okupowanych przez turystów lub nie stać cię na wodę, która sprzedawana jest tylko w sklepach dla turystów – to jest idealne miejsce! (dla jasności nie mówię tu o sytuacji, kiedy przyjeżdżasz na Kubę jako turysta, który nie wyściubia nosa poza mury swojego hotelu All-inclusive, bo wtedy istnieje tylko jeden świat – nie-kubański i nie ma to nic wspólnego z prawdziwą Kubą).



    Typowy kubański sklep.

    W myśl przyświecającej zasady, w imię której nie wolno się bogacić, bo różnice majątkowe powodują dysharmonię społeczną, a ta bez wątpienia prowadzi do powstania ohydnej klasy wyzyskiwaczy, żerujących na pracy biednych - przez dziesięciolecia wszystkie prywatne inicjatywy były całkowicie wykluczone. Od czasu gdy w latach osiemdziesiątych na Kubie szalał głód, a system reglamentacji i subsydiowania produktów pierwszej potrzeby nie spełniał swojej roli, rząd postanowił odrobinę poluzować ciasne zasady. Kubańczycy uzyskali możliwość prowadzenia swoich maleńkich  firm (w bardzo restrykcyjnych ramach). Mają więc możliwość wynajmowania pokoi gościnnych „casa particulares”, ale nie mogą ich reklamować, zatrudniać pracowników, w ciągu doby mają obowiązek zgłaszania cudzoziemca do urzędu w przeciwnym wypadku nałożone są na nich wysokie kary (nawet odebranie mieszkania!), bez względu na obłożenie są zobowiązani do płacenia za nie wysokich podatków. Mogą także prowadzić w swoich mieszkaniach restauracje „Paladares” (zakaz zatrudniania pracowników) oraz sprzedawać na ulicach lub w swoich domach produkty wytworzone przez siebie. Jeszcze 10 lat temu rozkład pracowników państwowych oraz prywatnych wynosił się 9 do 1. Dziś prawie 22% społeczeństwa pracuje w strefie prywatnej. Od 2008 r. w ramach liberalizujących reform gospodarczych wprowadzanych przez Raula Castro złagodzone zostały także przepisy dotyczące nieruchomości (uproszczenie sprzedaży, dziedziczenia, jednak nadal jedna osoba nie może posiadać więcej niż jednego mieszkania) oraz obrotu samochodami. Należy zauważyć, że samochody czy to stare 50-60 letnie czy nowe na Kubie są koszmarnie drogie, dlatego Kubańczycy nie wykonują tych transakcji zbyt często.

     
    Jeden z wielu Paladarów - prywatnych restauracji urządzonych w pięknych wnętrzach zabytkowych kamienic.



    Na Kubie funkcjonują także dwie waluty – peso kubańskie (CUP) dla Kubańczyków i peso turystyczne (inaczej: twarda waluta, peso narodowe, peso convetible, CUC) dla przyjezdnych. Jedno peso turystyczne to mniej więcej jeden dolar. Pomimo zerwania stosunków gospodarczych ze Stanami i nałożeniu embargo na ten kraj, Kuba uzależnia kurs waluty od rynku USA… Na wyspie funkcjonuje całkowity zakaz obsługi kart kredytowych mających jakiekolwiek korzenie w USA. Dodatkowo tylko za wymianę dolarów rząd dolicza 10% podatek. My na szczęście przywiozłyśmy Euro. Na lotnisku wymieniłyśmy je na twardą walutę ale udało nam się też zamienić 10 CUC na peso kubańskie. Potem zastanawiałyśmy się gdzie będziemy trzymać całą masę banknotów praktycznie bez wartości. Na szczęście myliłyśmy się bo waluta ta może mieć taką samą moc nabywczą jak waluta narodowa, tylko trzeba odrobinę pokombinować (problem z ich objętością jednak pozostał do końca wyjazdu). Wiele razy udało nam się zjeść, płacąc kubańską walutą – obrałyśmy taktykę – nigdy nie pytaj tylko płać i w 90% udawało nam się na straganach czy kubańskich knajpach spożywać posiłki za przysłowiowe grosze. Dla porównania obiad w Paladarze kosztował około 30 zł (smaczny i zwykle nie do przejedzenie), a spaghetti z parówką w kubańskiej knajpie mniej niż 2 zł (zwykle nie do zjedzenia). Przeciętny Kubańczyk zarabia około 270 peso miesięcznie (około 30-40 zł!) i oprócz przydziałów jakie mu się należą nie stać go na żadne rarytasy…

     
    Casa w Varadero, Właścicielki jednych z najwyższych nominałów kubańskiej waluty stanowiących ok. 27 zł.

    Czas, który się zatrzymał.


    Po 3 godzinach podróży z Varadero dotarłyśmy do stolicy Kuby - Hawany. Nie mogłyśmy oprzeć się wrażeniu, że czas stanął tu w miejscu. Dzięki wysłużonej architekturze znalazłyśmy się w barokowo-kolonialnych czasach, gdzie konkwistadorzy tylko czekają na wjazd do portu. Dzięki samochodom poczułyśmy się jak w muzeum motoryzacji, w którego eksponaty cudem tchnięte zostało drugie życie i majestatycznie prezentują się na ulicach. Dzięki sklepom i pustym półkom tak jak w Polsce w czasach PRL-u. Obrazy mieniły się jak w kalejdoskopie, co rusz odsłaniając nam niezwykłą atmosferę Hawany, jej bogactwo i …. upadłe piękno.


    Ulice Hawany z widokiem na El Capitolo – siedzibę parlamentu zbudowanej na wzór Kapitolu Waszyngtońskiego.


    Miałyśmy ułożony plan zwiedzania ale dałyśmy sobie też dużo swobody, żeby w rytmie zaliczania atrakcji nie przegapić tych niepowtarzalnych i najważniejszych momentów, za pośrednictwem których odnajduje się prawdziwy klimat miasta: rozmów, obserwacji, spontanicznych decyzji.


    W Hawanie jest głośno, gorąco, wszędzie z potężnych rur wydechowych unosi się czarny jak smoła dym, aż strach oddychać. Całe dnie spędzałyśmy na wałęsaniu się po kolonialnych brukowanych uliczkach La Habana Vieja (najstarsza część Hawany, która dopiero niedawno odzyskała dawną świetność), zaglądaniu do przypadkowych miejsc, w których akurat usłyszałyśmy muzykę (La Boudegita Del Medio – jedna z ulubionych knajp Hemingwey’a), czy zamieniając się w koneserki mohito - w poszukiwaniach smaku tego prawdziwego (ku naszemu zdziwieniu kubańskie mohito ani razu nie było podawane na kruszonym lodzie ale gdybyśmy tak często nie sprawdzały pewnie nie mogłabym podzielić się tą refleksją…)



    Jedno z ulubionych miejsc amerykańskiego pisarza Ernest’a Hemingway’a, który przez 20 lat był mieszkańcem Kuby.

    Wydaje się, że żadna inna nacja na świecie nie kojarzy się z gorącymi i energetycznymi rytmami jak Kubańczycy, dlatego muzykę słychać dosłownie wszędzie. Pewnego razu jednak naszą uwagę szczególne przyciągnęły głośne afrykańskie rytmy wybijane na bębnach. Przypadkowo trafiłyśmy na ceremonię Santerii, gdzie przez chwilę
    uczestniczyłyśmy w obrzędach. Santeria to najczęściej wyznawana religia na Kubie. Łączy elementy wierzeń Afrykańskich z Katolickimi. Początkowo była na Kubie zakazana, teraz wyznawcą Santerii jest podobno Fidel Castro. Kiedy zobaczyłyśmy ciemnoskórych, rosłych mężczyzn obstawiających drzwi domu, z którego wydobywała się muzyka chciałyśmy się wycofać. Ciekawość jednak wzięła górę i jeden krok wystarczył aby znaleźć się w samym centrum kultu świętych, pośród tańczących w transie wyznawców, wybijających mocny dźwięk bębnów czcicieli, obok ołtarza z ofiarą z jedzenia i pieniędzy oraz absolutnym zakazem wykonywania zdjęć. Podobno goszcząc na Kubie łatwo jest spotkać powierzchowne przejawy tej religii (Plaza de Armas w La Habana Vieja), ale przypadkowy turysta ponoć nie ma większych szans aby zobaczyć autentyczny obrzęd tej wiary. Czułyśmy się jak ogromne szczęściary!


    Zwiedziłyśmy też El Capitolo – siedzibę rządu wzorowanej na Kapitolu Waszyngtońskim, Catedral e San Cristobal – wspaniałą barokową katedrę, zastanawiałyśmy się nad Muzeum Rewolucji, Muzeum Propagandy, Muzeum Fidela (to żart ale później podczas podróży faktycznie miałyśmy taki problem). Oglądałyśmy zachody słońca nad Hawaną z tarasów widokowych różnych hoteli, spacerowałyśmy najdłuższą nadmorską promenadą świata - Malcom, mijałyśmy niezliczone grupy graczy domino, wtapiałyśmy się w społeczność dzielnicy Vedato na targowiskach i w przydrożnych budkach zatracając się w smaku soku z mango serwowanego w zwyczajnych szklankach, łapałyśmy przejazdy z jednego końca miasta na drugi płacąc jednego misiowego przytulańca, jadłyśmy kanapki z mielonką! sprzedawane na ulicy, popijając oranżadą, której smaku już dawno nie pamiętałyśmy. Milion razy grzecznie odpowiedziałyśmy, że przyjechałyśmy z Polski, pół miliona razy odmówiłyśmy „przypadkowo” znalezionym się w pobliżu nas mieszkańcom wizyty w jakimś niesamowicie interesującym miejscu, dwieście tysięcy razy nie rozumiejąc ani słowa skwitowałyśmy niewątpliwie interesujące wywody Kubańczyków słowami „Si, Si, Claro!”.

    A upragniona Fabryka Cygar ku naszemu rozczarowaniu była zamknięta… Coraz silniej odczuwałyśmy potrzebę zmiany. Zwłaszcza, że namolne zaczepki doprowadzały nas powoli do szewskiej pasji. Wybrałyśmy więc najlepszego, różowego krążownika szos, wytargowałyśmy cenę i udałyśmy się w drogę do przeszłości. Na tylniej kanapie cadillaca, obie czułyśmy się jak gwiazdy Hollywood na planie zdjęciowym filmu z lat 60. Kubańczycy, jak się przekonałyśmy korzystają z każdej możliwości darmowej przejażdżki - bo z przodu oprócz kierowcy przypadkowo znalazł się właściciel auta, a obok niego kolega w gratisie.


    Usługi taksówkarskie są jednymi z lepiej opłacalnych zajęć na Kubie.

    W końcu dojechałyśmy na stację Viazul (jedyna linia autobusowa stworzona tylko dla nie-Kubańczyków). W związku z doświadczeniem, które nabrałyśmy już w Varadero, wiedziałyśmy, że trafiłyśmy w odpowiednie miejsce (w Varadero przypadkowo trafiliśmy na dworzec dla Kubańczyków - reakcja była natychmiastowa – niemal wszyscy ustawili nas do pionu wzywając do jak najpilniejszego powrotu do swojego świata). I tu zaczynamy już bardzo twardo stąpać po Ziemi.

    Tranqila!

    Może cierpliwość jest podarunkiem bogów, a może zrodzonym owocem ducha, bez wątpienia natomiast jest przywilejem większości ubogich państw świata. Jeśli przyjeżdżasz na Kubę, często jesteś uczestnikiem paradoksu nieustannego czekania na coś, co ma się wydarzyć, ale najprawdopodobniej z bliżej niewyjaśnionej przyczyny się nie wydarzy. Dlatego bez względu na to co napisałam wcześniej o traktowaniu turystów, szybko powinieneś opanować tę sztukę.
    Żaden petent nie zostanie obsłużony szybciej tylko dlatego, że ma takie widzimisie. Trzeba czekać i kropka. Jak odstoisz swoje i trafisz do okienka z pewnością zastaniesz w nim znudzoną sprzedawczynię, która odmówiła sprzedaży biletów kilku osobom – bo niby nie ma - ale wszyscy wiedzą, że są tylko kilka zostawiają żeby kierowcy (zawsze kilku) i kontrolerzy (jeszcze więcej) mogli sobie dodatkowo zarobić. Każdy klient traktowany jest jak przykry zgrzyt i zło konieczne. No ale jak już uda Ci się wywalczyć swój prywatny bilet, to zapewne będziesz świadkiem rytuału wydruku, pieczątkowania i podpisu dziesiątek skrawek papieru wypluwanych przez nadgryzioną zębem czasu maszynę.
    Następnie królewskim gestem i z
    odpowiednim namaszczeniem zostanie przekazany Ci jeden bezcenny, tylko
    Twój, najważniejszy na świecie - bilet.



    Maszyna do wydruku biletów na stacjach autobusowych na Kubie.

    W związku z brakiem biletów do ponoć najpiękniejszego na Kubie stworzonego przez naturę miejsca - Doliny Vinialez (autobus is full – jak często to słyszałyśmy!) postanowiłyśmy razem z parą lekko zdezorientowanych Holendrów, wyruszyć tam taksówką (koszt identyczny jak bilet Viazula). Na szczęcie z samego rana kiedy tylko się spotkaliśmy na naszej drodze pojawił się kierowca, który widząc zagubionych turystów z plecakami sam wpadł na pomysł (tłumacząc na migi bo nikt z nas nie mówił po hiszpańsku), że tam nas zawiezie. Trzy następne godziny spędziliśmy w sześćdziesięcioletnim pontiacu pokonując trasę w najlepszym stanie technicznym na Kubie, a i tak od czasu do czasu wbijając się głową w dach samochodu. W trakcie rwącej podróży co i rusz migały wyglądające jak ostatni pojazd świata, pękające w szwach, przerobione na autokary dla Kubańczyków ciężarówki, setki sterczących przy drodze autostopowiczów, którzy próbowali dostać się do domu czy pracy oraz bujna, tropikalna roślinność.


    Miasto przypadku

    W Vinialez prosto po znalezieniu casy, wybrałyśmy się na rowery. Ruda ziemia okrywała stopy soczyście zielonych lasów, szpakowatych okrągłych gór, a w oddali nawet błękitu nieba. Po polach trzciny cukrowej, ryżu i manioku (z bliska identyczne jak marihuana) kroczyły spięte jarzmem, ciągnąc za sobą drewnianą bronę woły. Wąskimi czerwonymi ścieżkami galopowały ujeżdżane przez młodych Kubańczyków przeraźliwie chude wierzchowce. Nigdzie na horyzoncie nie majaczyły szpetne linie energetyczne. Po paru godzinach upajania się nieprawdopodobnymi krajobrazami, zrobiłyśmy sobie krótką przerwę. Kilka chwil wystarczyło aby już za moment znaleźć się w taksówce zmierzającej do położonej na krańcu świata, prawdziwej, kubańskiej chatki na kolację w kompletnie międzynarodowym towarzystwie. Przypadkowe skrzyżowanie dróg z kilkoma mieszkańcami Vinialez sprawiły, że miałyśmy okazje doświadczyć autentycznej Kuby – zapoznać gościnnych i otwartych członków rodziny, uczyć się tańczyć salsę w prostych wnętrzach domku, kosztować tradycyjnych potraw. Ten wieczór upłynął zdecydowanie zbyt szybko ale smak przyrządzonego kurczaka, podanego z ryżem z fasolą i maniokiem
    cuba libre, obraz cudownego widoku zachodu słońca w niedostępnej dla turystów jaskini i dźwięki salsy są dla mnie tak samo żywe jak tego dnia.


    Zachód słońca w jaskini z widokiem na Dolinę Vinialez.

    W Vinialez wybrałyśmy się z przypadkowo zapoznanym młodym Kubańczykiem na konną przejażdżkę po górach. Luise wcielił się rolę naszego instruktora jazdy konnej i zarazem przewodnika. Konie na szczęście były na tyle powolne, że zagrożenie wyrządzeniem sobie krzywdy stawało się minimalne. Obawa oczywiście była, ale wizja nowego doświadczenia wzięła górę. Dzięki temu wspięłyśmy się na szczyt mogotu, na którym mieszkają Wodni Ludzie (Los Aquaticos). Legenda głosi, że to ostatnie dziewicze plemię na wyspie, które jest odcięte od świata a zdrowie zapewnia im woda z leczniczego źródełka. Już w Polsce dowiedziałyśmy się jednak, że historyjkę tę można między bajki włożyć. Niemniej, zostałyśmy poczęstowane sokiem z mango, winem z bananów i okrągłym, soczystym owocem. Miałyśmy też możliwość odpoczynku na skraju wzgórza wpatrując się w przepiękną panoramę doliny. Luis zaprosił nas także do swojego domu na obiad przyrządzony przez jego mamę. Zostałyśmy ugoszczone smażonymi bananami (palce lizać!), omletem z jajek, ryżem z fasolą i maniokiem, pokazał nam swoje obrazy i gospodarstwo, na terenie którego znajdowało się specjalne schronienie dla domowników na wypadek huraganu, suszarnia liści tytoniu oraz małe uprawy. Zaproponował też pieszą wycieczkę do prywatnej jaskini, w której można się ochłodzić w naturalnym basenie wodnym. Po całym dniu czułyśmy się w obowiązku zapłaty za poświęcony czas i wręczyłyśmy chłopakowi 10 CUC (to dużo z punktu widzenia zarobków Kubańczyków bo stanowi praktycznie 100% miesięcznego wynagrodzenia, ale w agencji przewodnik tylko pieszej wyprawy do jaskini to około 10 CUC za osobę +wstęp ). Kolejny raz na Kubie zostałyśmy miło zaskoczone reakcją chłopaka, który nie godził, się na przyjęcie tak dużej kwoty. Luis pozwolił nam zatem wierzyć, ze pomimo wszechobecnej biedy, galopującego komunizu, braku najpotrzebniejszych produktów oraz traktowania turystów jak dojnej krowy - w społeczeństwie, można spotkać ludzi uczciwych.

    Panorama Doliny Vinialez.

    Rolnicy z Doliny Vinialez.

    Wiecie jaka jakie jest największe marzenie Luisa? Mieć dostęp do Internetu. Na Kubie Internet w kafejkach jest wolny i drogi, a w domach nielegalny. Cała wiedza świata przekazywana jest im w szkole (podobno jest bardzo wysoki poziom nauczania) i przez państwowe odbiorniki radiowe i telewizyjne, w których jeszcze kilka lat temu Fidel wygłaszał wielogodzinne elaboraty między innymi o używaniu sprowadzonych z Chin garnkach do gotowania ryżu czy oszczędzaniu energii. Może z czasem patrząc na ostatnie zmiany np. umożliwienie posiadania telefonów komórkowych, marzenie Luisa - odzwierciedlające życzenie innych młodych Kubańczyków w końcu się ziści.

    W Vinialez nasze drogi skrzyżowały się także z Hiszpanem podróżującym ze swoim ojcem. Wspólnie postanowiliśmy udać się taksówką na pobliską wyspę położoną na Ocenie Atlantyckim. Po godzinnej przeprawie naszym oczom ukazała się woda mieniąca wszystkimi odcieniami turkusu, biały i sypki jak mąka piasek oraz wrzynające się w niebo jak sztylety szczątki nabrzeżnych lasów namorzynowych tworzące wręcz surrealistyczny obraz. Wielka szkoda, że cuda tego świata okraszone są dosyć wysoką opłatą, a przeciętny Kubańczyk może poznać ją tylko z opowiadań turystów…

     
    Plaża na wyspie Cayo Jutias ze szczątkami lasów namorzynowych.

    W plątaninie skąpanych słońcem uliczek


    Kolejnym punktem naszej wycieczki było położone w centralnej części Kuby i wpisane na Listę Światowego dziedzictwa UNESCO miasteczko Trinidad. Miasteczko jest najlepiej zachowanym średniowiecznym grodem na wyspie. Świadomość unikatowej wartości architektonicznej mieli już przedrewolucyjni dyktatorzy, którzy uznali Trinidad za Pomnik Narodowy i wprowadzili zakaz budowania nowych obiektów bez specjalnego zezwolenia władz. Dzięki temu wzdłuż każdej z okolicznych uliczek ciągną się proste chałupy o pastelowych ścianach, krytych czerwoną dachówką i pięknie zdobnych oknach. Pejzażowi uroku dodają wysiadujący na gankach w bujanych fotelach lub na niskich parapetach okien mieszkańcy, dzieci kopiące piłkę na ulicy, skupieni gracze domina, powolnie stąpające po brukowanych uliczkach dorożki, czy porozrzucane gdzieniegdzie zabytki motoryzacji. Chyba, nie muszę dodawać, że oblane pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca wygląda nieopisanie pięknie?


    Skąpanie w słońcu budynki zabytkowego miasta – Trinidadu.


    Jedna z najstarszych osad na Kubie - Trinidad.

    Jak w każdej turystycznej miejscowości, w Trinidadzie w centralnej części miasta znajduje się Casa de la Musica. Można posłuchać tam grających na żywo zespołów muzycznych, których dźwięki porywają publiczność do tańca, a potem wrócić do kwatery pokonując całą masę niewygodnie wyrastających z ziemi kocich łbów, mrucząc pod nosem, największe szlagiery kapeli Buena Vista Social Club.

    Po krótkim wylegiwaniu się na plaży Ancon, który nawiasem mówiąc pozbawił nas części ekwipunku bo nonszalancko pozostawiliśmy go bez opieki (nie żeby była to nasza wina tylko pewnych, beztroskich Włochów, z którymi się tam udałyśmy!), wyruszyłyśmy do najdalej wysuniętego punktu w naszej podróży. Santiago de Cuba – dawnej stolicy Kuby nad Morzem Karaibskim, gdzie w najbliższych dniach odbywać się miał najsłynniejszy karnawał Kuby.

    Miasto to było najbardziej wciągającym w swoje szpony i odpychającym jednocześnie. Bez wątpienia należy jednak powiedzieć, że było to najbardziej umuzykalnione miejsce, które do tej pory odwiedziłyśmy, a wieczorne pokazy taneczne podczas karnawału z jednej strony powodowały zazdrość, a z drugiej zapierały dech w piersiach!

     
    Przygotowania do całonocnego karnawału w Santiago de Cuba

    Zachód słońca w dawnej stolicy - drugim co do wielkości mieście Kuby - Santiago de Cuba.

    Świątynia El Cobre pod Santiago - najważniejsze katolickie sanktuarium na Kubie.

    Forteca Castillo del Morro - jedna z najlepiej zachowanych budowli wschodniej Kuby.
    Pierwotnie miała za zadanie chronić Santiago przed piratami, później przed Brytyjczykami
    .

    Podróż za jeden uśmiech + kilka peso


    Cayo Coco - najbardziej znany kurort turystyczny na Kubie nie był celem naszej podróży. Zmieniłyśmy zdanie sugerując się opinią zapoznanych podróżników. I tak z betonowego Santiago de Cuba wyruszyłyśmy do malowniczej centralnej części wyspy (Ciego de Avila) aby potem jak się okazało wspólnie z dwójką innych Szwajcarów trafić „prosto” na Cayo Guillermo. O tym, że na Kubie pomimo doskonale rozwiniętej turystki nie wszystko jest dla przyjezdnych proste świadczy fakt, że turysta z plecakiem, który zawziął się, że dotrze samodzielnie do Cayo (nie czarterem z lotniska), wcale nie ma ułatwionego zadania. Do Ciego dotarliśmy o północy po wielogodzinnej podróży – mieliśmy być dużo wcześniej ale kierownik autobusu patrz. kierowca jak zwykle miał dużo spraw do załatwienia i obgadania z kierowcami innych autobusów, które mijaliśmy po drodze. Cały autokar posłusznie bez słowa sprzeciwu (chyba już się tego nauczyliśmy) czekał więc jak tylko wyczerpią mu się tematy do rozmów lub przypomni sobie, że wiezie autokar pełny gawiedzi. Z Ciego musieliśmy przedostać się do Maron – miasta położonego najbliżej Cayo (ale i tak daleko), w którym mieliśmy w planie nocleg. Rozklekotana taksówka zabrała nas więc do punktu docelowego. Na miejscu zdaliśmy sobie sprawę, że jest prawie 3 rano więc nie opłaca się nawet iść spać skoro z samego rana chcemy przedostać się na wyspę. Noc spędziliśmy w parku w towarzystwie wielu homoseksualistów, bo okazało się, ze wybrany przez nas park był miejscem ich spotkań. Ma marginesie: na Kubie można spotkać naprawdę wielu homoseksualistów – po latach przedstawiania homoseksualizmu jako "szkodliwy wymysł kapitalizmu" Castro zaczął się publicznie wypowiadać przeciwko dyskryminacji i za legalizacją kontaktów homoseksualnych, co przyczyniło się do społecznej akceptacji. Naszymi kompanami okazała się także gromadka dzieci, które postawiły sobie za punkt honoru bycie z nami do samego rana (co na to ich rodzice?). Trzy godziny później dowiedzieliśmy, że zamiast korzystać z bardzo drogich usług taksówkarskich, z placu obok odjeżdżają autobusy pracownicze (qua-qua), z których natychmiast postanowiliśmy skorzystać. Autobusy te dowożą mieszkańców okolicznych miejscowości do wszystkich kurortów turystycznych położonych na Cayo – jest ich mnóstwo, jeżdżą do przeróżnych hoteli (na Cayo Coco i Cayo Guillermo nie ma mieszkańców – są tylko hotele). Dzięki uprzejmości jednej z Kubanek udało nam się znaleźć właściwy i wpakować do środka. Ku naszemu zaskoczeniu ludzie nie byli źli, że komuś zajmujemy miejsce, że nasze plecaki przeszkadzają w przejściu. Nie zauważaliśmy też ani jednego złego spojrzenia gdy podczas przejazdu przez punkt kontrolny przed wjazdem na wyspę (sprawdza się tu dokładnie czy autobusy przypadkiem nie przewożą niegodnych Kubańczyków) i musieli stać 20 minut dłużej bo należało dopełnić wszelkich formalności związanych z wjazdem „obcych”. Po 2 godzinnej podróży wysypaliśmy się z autokaru. Dowiedzieliśmy się, że na plaże Pilar – czyli tą najpiękniejszą z najpiękniejszych należy jeszcze wziąć taksówkę. Zmęczeni, niewyspani dojechaliśmy jako pierwsi przybysze tego dnia na upragnioną plażę. Sen przeplataliśmy spacerami i snurkowaniem w oceniane wypełnionym rafą koralową. W drodze powrotnej również wybraliśmy jako środek transportu qua-qua. Tym razem kierowca miał zdecydowanie większe obiekcje aby nas zabrać, bo podobno przewożenie turystów jest zabronione. Dzięki wstawiennictwu pasażerów, z którymi jechaliśmy rano, zdecydował się nas zabrać ale zachowawczo wyrzucił nas przed granicą i poczekał za zakrętem w bezpiecznej odległości od kontrolerów. I znowu pasażerowie nie okazywali ani odrobiny niezadowolenia z powodu trwającej dłużej niż zwykle podróży.


    Plaża Pilar na Cayo Guillermo słynie z bardzo dalekich odpływów.

    Tego dnia wybraliśmy się na kolację, a potem wtopiliśmy w tłum Kubańczyków, zasiadając na placu z popiersiem Jose Marti’ego – wprost wszechobecnego bohatera narodu. Wymienialiśmy się pooglądamy na temat Kuby, nie mogliśmy pojąć braku chęci podjęcia działań zmierzających do zmian zwłaszcza przez młodych Kubańczyków, dyskutowaliśmy o etycznym aspekcie kubańskiej prostytucji, sponsoringu i walki o paszport (mężczyznom na każdym kroku proponowane są w prezencie cygara… i kobiety – najczęściej siostry zdesperowanych Kubańczyków), dywagowaliśmy na temat przyszłości Kuby.

    - Wrócicie tu kiedyś? – zapytał jeden z naszych towarzyszy

    - odpowiedź była zdecydowanie niepewna – Tak, myślę, że tak, ale jest tak dużo na świecie do zobaczenia, więc myślę, że nie prędko – odparłam.

    Teraz wiem, że się myliłam. Powracam tam od momentu przyjazdu do Polski niemal codziennie w swoich myślach i wspomnieniach. Wystarczy, że zamknę oczy, wybiję rytm, przypomnę sobie zapach cygar lub choćby skrawek jednej z całego mnóstwa niezwykłych rozmów i jestem tam z powrotem.

    Kuba nie jest perfekcyjna, wręcz przeciwnie pewne aspekty życia są irytujące, pewne nie dają się racjonalnie wytłumaczyć. Ale jedno jest pewne: choć jej piękno dawno zostało przykryte welonem starości i czasu, bez wątpienia jest jednym z najbardziej intrygujących krajów na świecie. Z dala od turystycznych enklaw takich jak Cayo Coco czy Varadero (które również warto zobaczyć!) rozciąga się prawdziwa Kuba - i choć stłamszona i uboga, nadal urzekająca i piękna.

    To czy odwiedzę Kubę po raz kolejny jest pytaniem, na które nie potrafię w tej chwili odpowiedzieć, ale to, że Kuba pozwoliła mi przeżyć dodatkowe życie oraz zmieniła perspektywę i horyzonty myślenia to rzecz niepodważalna.

    Specjalne podziękowania dla niezłomnych redaktorów i korektorów tekstu!:)


    Komentuj (0)

    Relacja z Kuby
  • Domi 07.10.2011 :: 23:04

    Komentuj (2)





    Komentuj (2)

    Sesje
  • Chiny&Singapur&Malezja 06.10.2011 :: 00:00

    Komentuj (0)

      
     
       
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Komentuj (0)

    Podróże


  • Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: sxc.hu